|
Czy Polacy powinni mieć polską szkołę w Londynie |
|
|
|
sobota, 20 styczeń 2007 |
Mieszkający w Londynie Polacy chcą utworzyć tu polską szkołę
średnią. - To strata pieniędzy i czasu - studzi ich zapędy ambasada.
Na pomysł wpadł na jesieni dr Dariusz Tereszkowski, polski lekarz
mieszkający w Londynie. Zainspirowały go własne doświadczenia sprzed
dwóch lat, gdy z żoną i trójką dzieci przyjechał do Wielkiej Brytanii.
- Umieszczenie dzieci w dobrych szkołach było drogą przez mękę -
wspomina. Z dwójką młodszych, chodzących do podstawówki, jakoś się
udało. Szkoły dla najstarszego, 11-letniego syna szukał jednak bardzo
długo. - Myślałem, że pójdę do szkoły i po prostu go zapiszę. Tymczasem
w jednej, drugiej, trzeciej szkole słyszałem, że nie ma miejsc. Jedna
ze szkół chciała umieścić syna na liście oczekujących i przyjąć go być
może dopiero za kilka miesięcy! - wspomina.
Prywatne szkoły, do których się zwrócił, nie chciały przyjąć chłopca
nieznającego angielskiego. W końcu jedna z nich zdecydowała się wziąć
go na próbę na dwa dni. - Po tych dwóch dniach już nie chcieli go oddać
- mówi z dumą tata.
Dopiero po roku, gdy chłopiec znał już angielski i miał dobre stopnie,
rodzicom udało się przenieść go do dobrej i bezpłatnej szkoły
katolickiej.
Zrobić tak jak Francuzi?
Te doświadczenia sprawiły, że dziś dr Tereszkowski zabiega, by w
Londynie powstała pierwsza polska szkoła średnia, podobna do tej, jaką
mają np. Francuzi. - Tu możemy kształtować polskie elity, przyszłych
ambasadorów polskiego państwa - uważa.
Na ten sam pomysł wpadli też inni Polacy.
Tygodnik "Goniec Polski" o pomyśle pisze od prawie roku. - Zaczęli
zgłaszać się do nas Polacy, których dzieci mają kłopoty w angielskich
szkołach - opowiada naczelna Katarzyna Kopacz. Przy wsparciu Wspólnoty
Polskiej i prawie wszystkich innych polonijnych mediów "Goniec"
organizuje w lutym bal, na którym zbierane będą fundusze na szkołę.
Na razie więcej jest jednak pytań niż konkretów. Na projekt nie ma
przede wszystkim pieniędzy - by szkoła ruszyła, potrzebnych jest, jak
się szacuje, blisko 10 mln funtów, m.in. na budynek i wyposażenie.
Takiej kwoty nie zbierze się na balach. Nie jest jasne, w jakim stopniu
finansować szkołę mógłby rząd brytyjski. - Projekt nie ma szans ruszyć
bez wsparcia polskiego rządu - przyznaje Kopacz.
Nie wiadomo też, co byłoby dalej. Np. czy szkoła miałaby być darmowa,
czy płatna. Podobne instytucje, np. liceum francuskie, są finansowane
przez rząd, lecz także przez rodziców uczniów. Tymczasem większość
Polaków jak na londyńskie warunki zarabia mało i zapewne nie chciałaby
lub nie mogła płacić za szkołę.
Lepiej chodzić do brytyjskich
- Wiele osób ma wątpliwości, czy po pierwszych latach, gdy Polacy
lepiej się zaaklimatyzują, szkoła nie zacznie świecić pustkami - mówi
Kopacz.
Wśród Polonii nie ma nawet zgody, jak powinna wyglądać nauka w szkole:
czy ma być w całości po polsku, czy np. historia i język polski po
polsku, a reszta przedmiotów po angielsku, by dzieci były w pełni
dwujęzyczne.
Tymczasem projekt napotkał wielką przeszkodę. Powstaniu szkoły
przeciwna jest polska ambasada w Londynie. - To strata pieniędzy i
czasu - ocenia Krystyna Milewska, radca ambasady ds. nauki i edukacji.
- Złości mnie ten projekt, bo z tej szkoły skorzystałaby niewielka
grupa. Tymczasem Polacy są wszędzie na Wyspach - mówi.
Nikt nie wie dokładnie, ile polskich dzieci chodzi do brytyjskich
szkół. Dziennik "Daily Telegraph" szacował na początku roku szkolnego,
że wszystkich dzieci emigrantów z Europy Środkowej jest blisko 11 tys.
Zdaniem Milewskiej pieniądze lepiej wydać na rozbudowę szkół sobotnich,
gdzie młodzi Polacy uczą się ojczystego języka, historii, geografii. -
Tworzenie sztucznych enklaw to ruch w najgorszym kierunku - twierdzi.
Problem niewątpliwie wynika po części z tego, że polskim rodzicom
trudno jest znaleźć miejsce dla swych dzieci w brytyjskich szkołach.
Milewska przyznaje, że umieszczenie dziecka w którejś z najlepszych
szkół w dzielnicy często graniczy z cudem. Obwinia jednak także samych
rodziców.
- 99 proc. dzieci nie zna angielskiego, przyjeżdżają w środku roku
szkolnego, rodzice nie próbują wcześniej załatwić dziecku szkoły i
oczekują wszelkiej pomocy - mówi. Apeluje do osób, które planują
wyjazd, by zapisały dziecko na intensywny kurs angielskiego,
przyjeżdżały w wakacje i zabierały ze sobą świadectwa dziecka i
wszelkie dokumenty z polskiej szkoły, informujące np. o dysleksji lub
nadpobudliwości dziecka. - Wtedy tutejsza szkoła nie będzie musiała
zaczynać od zera - tłumaczy.
Część dzieci i rodziców skarży się także na rasizm i szykany ze strony
innych uczniów, szczególnie ciemnoskórych. Ich zdaniem szkoły często
nie starają się lub nie potrafią rozwiązać problemu. - Rzecz polega
także na tym, że rodzice często sami mówią bardzo słabo po angielsku,
więc nie mogą dogadać się ze szkołą - mówi Katarzyna Kopacz z "Gońca".
Zdaniem Milewskiej brytyjskie szkoły bardzo starają się pomagać małym
Polakom, organizują dla nich dodatkowe lekcje angielskiego, zatrudniają
dwujęzycznych nauczycieli. - Mój obraz tego, jak pomagają uczniom z
Polski, jest niesłychanie pozytywny. Ich system od lat przystosowywany
był do pomagania mniejszościom, a wszelkie przejawy dyskryminacji na
tle rasowym lub etnicznym są intensywnie tępione - mówi.
Przykładów Polaków zadowolonych z
brytyjskich szkół nie brakuje. Wśród nich jest Anna Rączkowska, mama
14-letniej Miłki, która chodzi do państwowej szkoły w południowym
Londynie. - Poziom nauczania jest niższy niż w Polsce, ale podejście do
ucznia bardzo indywidualne. Moja córka miała dodatkowe lekcje
angielskiego, odkryto u niej talent plastyczny, więc dostała stypendium
na dodatkowe lekcje plastyki - wylicza mama.
Jej zdaniem córka czuje się w angielskiej szkole lepiej, niż czuła się
w polskiej. - Ma nadwagę. W Polsce była przez to upokarzana, a tu jest
lubiana i ceniona.
W szkole są równe proporcje przedstawicieli różnych ras, tak by nikt
nie czuł się w mniejszości. I jeszcze jedno: - Poza mundurkiem nie
wydałam na edukację córki ani grosza. Szkoła zapewnia nie tylko darmowe
książki, lecz także zeszyty, materiały plastyczne - mówi mama.
Choć niektórzy zarzucają innym dzieciom dyskryminowanie Polaków, prawda
jest taka, że polskie dzieci, które w kraju nie miały styczności z
osobami o innym kolorze skóry, także czasem nie potrafią się zachować.
Co gorsza, niektórzy rodzice w polskiej szkole widzą okazję, by ich
pociechy nie stykały się z Murzynami czy Azjatami.
Źródło: Gazeta.pl
|
|
|
Subskrypcja
Zapisz się do naszej listy mailingowej, aby otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach, konkursach...
Who's Online
Odwiedza nas 1 gość
|