Praca jako au pair to znakomity sposób, aby za bezcen zwiedzić
świat, poznać kulturę i język obcego kraju, a także wieść beztroskie
życie pod opieką goszczącej cię rodziny. Tylko dzieci czasem
dokuczają... M onika Dubiel zdecydowała się wyjechać po maturze.
Ponieważ zdała język włoski, jej wybór padł na Włochy.
Wcześniej w
roli au pair wyjeżdżała już moja siostra, więc wiedziałam, jak się do
tego zabrać – mówi. Zgłosiła się do biura pośredniczącego w znajdowaniu
rodzin potrzebujących opiekunek do dzieci i złożyła wymagane dokumenty.
Musiała uiścić opłatę – 800 zł. Formularz aplikacyjny oprócz deklaracji
stopnia znajomości języka zawierał między innymi rubryki na referencje
dotyczące osobowości kandydatki, które mogła napisać nauczycielka,
ksiądz lub nawet sąsiadka.
Monika mogła wykazać się również doświadczeniem w pracy z dziećmi,
gdyż zdarzyło jej się być opiekunką na kolonii letniej oraz pomagać
dzieciom trudnym i z rodzin patologicznych w ramach tak zwanej
świetlicy środowiskowej, odbywającej się w szkole podstawowej po
zajęciach lekcyjnych. Znalazło się też miejsce na kilka uwag odnośnie
tego, czego oczekiwałaby od rodziny, do której pojedzie.
Trudne początki
Kolejnym etapem był rozmowa
telefoniczna z rodzicami, którzy ją wytypowali. - Lekki szok. Nie
mogłam się wysłowić, trochę ze zdenerwowania, a trochę z powodu tego,
że to był pierwszy mój kontakt z takim prawdziwym, żywym włoskim –
wspomina Monika. Ostatecznie to przedstawicielka rodziny opowiadała
więcej o sobie i swoich oczekiwaniach. Nie dogadali się. Rodzina
mieszkała gdzieś na wsi, a Monika chciała koniecznie do dużego miasta.
Poza tym mieli duże wymagania, co do języka – chcieli, by mówiła dobrze
po angielsku. - A przecież jechałam tam szlifować włoski, więc to się
mijało z celem – oświadcza. Ostatecznie wylądowała w Mediolanie, by
opiekować się 10-letnim Tomasso i 8-letnią Fiamettą, czyli Płomyczkiem.
- Na początku było trudno. W końcu to po raz pierwszy wyfrunęłam spod
skrzydełek mamusi i to prosto do nowego kraju, obcych ludzi, kultury i
języka – wspomina. Nie wytrzymała całego roku, jak było w kontrakcie. -
W Mediolanie nie było prawie żadnych Polaków, o polskiej gazecie już
nie mówiąc. Czułam się bardzo samotna – wspomina. Dlatego po ośmiu
miesiącach spakowała manatki i wyjechała prosto do... Londynu, gdzie
pracę w charakterze au pair załatwiła jej zajmująca się tutaj tym samym
siostra. Opiekuje się 8-letnią Amelią i 6-letnim Milo. Jej dzień pracy
zaczyna się o 11:30, gdy przyprowadza dzieci ze szkoły. - Do szkoły
dzieci upierają się zaprowadzać rodzice – wyjaśnia. Potem jej zadanie
to „zajmowanie dzieci” oraz organizowanie zajęć „przez zabawę do
nauki”. W praktyce oznacza to wspólne bawienie się lalkami Barbie,
rysowanie, układanie puzzli, pomaga też dzieciom w nauce pisania i
liczenia. - Te dwa ostatnie nie należą do ich ulubionych, więc czasem
muszę się nieco namęczyć, żeby się skupiły, ale staram się być
konsekwentna – deklaruje. I tak do 18:30. Weekendy ma wolne, za to
czasem zostaje z dziećmi również wieczorami, gdy rodzice wychodzą
zaszaleć. W zamian za to dostaje około 60 funtów tygodniowo, darmowy
wikt i opierunek, no i przede wszystkim zakwaterowanie w gigantycznym
pokoju na poddaszu – za darmo. Co drugi tydzień albo lata do Polski,
gdzie zaocznie studiuje stosunki międzynarodowe, albo tu w Londynie
idzie na zajęcia do szkoły językowej. - Nie mam więc za bardzo czasu na
wieczorne wyjścia ze znajomymi, chociaż moja rodzina czasem sama
próbuje mnie wypchnąć na jakąś imprezę – mówi. Zapraszana na drinka do
salonu również odmawia. - Jednak jakoś głupio, w końcu to moi
pracodawcy – wyznaje.
Życie jak w...
Tuluzie Dagmara Dubiel, zanim
powitała siostrę w Londynie, spędziła rok w roli au pair we Francji. -
Miało być Lazurowe Wybrzeże, bo tyle się naoglądałam pięknych pocztówek
stamtąd – wspomina. – Ale to okazało się niemożliwe, bo tam mieszkają
sami bogacze i wymagają od opiekunek płynnego francuskiego,
angielskiego i jeszcze czego – kręci głową. Stanęło na Tuluzie. Nie tak
najgorzej, do wyśnionego wybrzeża dwie godziny drogi. Rodzina, do
której trafiła, żeby opiekować się 4-letnią Camilee i 5-letnią Margot
nie była zbytnio zainteresowana ugaszczaniem Dagmary jako członka
rodziny. Dostała pokój z osobnym wejściem i poza godzinami opieki nad
dziećmi miała swoje własne życie. - Tuluza to miasto studenckie, a ja
mieszkałam w samym centrum pełnym kawiarenek, barów i klubów – wspomina
z sentymentem. Gdy wybierała się na miasto, dziewczynki obskakiwały ją.
- A gdzie idziesz? Czy nam też możesz tak pomalować usta? – dopytywały
się. Czuła się w stosunku do nich jak starsza siostra. Tylko dużo
bardziej cierpliwa i wyrozumiała. Wie, co mówi. Pół życia w Polsce
spędziła na użeraniu się z młodszym bratem. W Londynie jest od półtora
roku. Zajmuje się właściwie tylko 4-letnią dziewczynką, bo dwoje
następnych to nastolatki, które mają już własny świat i czasem tylko
wymagają pomocy w odrabianiu lekcji. Nie ma już pokoju z osobnym
wejściem, więc czuje, że mieszka z rodziną. Zdarzają się jednak
weekendy, w których rodzice z dziećmi wyjeżdżają, a wtedy... - No nie,
imprezy hucznej nigdy bym nie urządziła, ale kilka koleżanek na film
zaprosić to i owszem – zarzeka się. Swoją pracę ocenia jako ciężką. Nie
w sensie fizycznym, chociaż i uprać, i odkurzyć czasem trzeba. Ciężkość
polega na sztuce kompromisów, dostosowywania się i wyczuwania nastrojów
pozostałych członków rodziny. - Wiadomo, że każdy ma lepsze i gorsze
dni – nie ukrywa. Przyznaje też, że au pair to zdecydowanie nie jest
zajęcie dla tych, którzy chcieliby coś zarobić, odłożyć. Wprawdzie
teoretycznie można umówić się z rodziną, że będzie się dorabiać gdzieś
na ćwierć etatu, ale „operka” musi być elastyczna. - Co będzie, jeśli
znajdę pracę w kawiarni i w środku mojej zmiany zadzwoni matka, że
utknęła w korku i czy mogę odebrać dziecko z przedszkola? – pyta
retorycznie. Chociaż zdarza się, że rodzina sama proponuje dorywcze
„babysitting” u swoich znajomych. - Zawsze to jakieś dodatkowe 20
funtów wpadnie – mówi. Duża ilość wolnego czasu, w jej wypadku od
godziny 9 do 15, pozwala za to studiować. Dagmara chce wkrótce zacząć
studia w Londynie na kierunku „international business”.
Nie dać się małej
Ewa Maszko do pracy w
charakterze opiekunki wyjechała po tym, jak nie dostała się na
wymarzone studia. Wakacje spędzone na smażeniu frytek w „McDonaldzie” w
jej rodzinnym Tarnowie przekonały ją, że to nie jest dobry sposób na
oczekiwanie następnej okazji na zdanie egzaminów. Zgłosiła się w
Internecie do kilku agencji i wyjechała czym prędzej, odpowiadając na
pierwsze nadesłane zgłoszenie. Dziś w Londynie ma pod opieką czwórkę
dzieci w wieku 12, 10, 6 i 4 lat. Na szczęście nie musi tej czeredce
podołać sama. Na utrzymanie domu pracuje ojciec, mama zostaje razem z
nią i dziećmi. - Najtrudniejszym zadaniem jest opieka nad tą
najmłodszą. Jest nieco opoźniona w rozwoju – ujawnia Ewa. To jednak
wcale nie jej rozumienie i postrzeganie świata na poziomie umysłowości
dwulatki sprawia najwięcej kłopotu. - Przez lata była wychowywana w
przekonaniu, że jest chora i wszyscy za nią wszystko zrobią. Jest
przebiegła i nauczyła się to wykorzystywać – ocenia Ewa. Ona jednak nie
daje się. Jeśli dziecko uważa, że nie może przejść przez hall, bo
podłoga jest z niewygładzonych kamieni, nauczy je, jak stąpać. Gdy mała
uważa, że dostać się do basenu może tylko, gdy ktoś ją tam wniesie,
ćwiczy z nią schodzenie po schodkach. Porozrzucane na podłodze zabawki
pozostawione na pastwę losu? Posprzątają razem. - Jest coraz większa i
mimo opóźnień rozwija się. Ktoś musi jej pokazać, że wreszcie dorosła
do pewnych rzeczy – uważa Ewa. Swoją pracę postrzega jako przedłużenie
okresu młodości. O nic się nie musi martwić – dach nad głową jest, gdy
cieknie kran, to nie jej problem, lodówka zawsze pełna, rachunki
popłacone, do tego jeszcze kieszonkowe na drobne wydatki co tydzień. -
Istna sielanka, czasem aż do znudzenia – wyznaje. Ze swoją rodziną była
na wakacjach w Saint Tropez w wynajętym domu z basenem. Koniecznie musi
też brać udział w rodzinnych „party”, na których wszyscy się do niej
uśmiechają i są tak do przesady słodcy. - Według nich au pair, to nie
opiekunka, to po prostu członek rodziny – mówi.
Opiekunka męska
- Do naszej agencji zgłasza się
coraz więcej dziewczyn, które już tu w Londynie są i chcą zostać au
pair, bo przekonały się, jak trudno samej zarobić tu na godne życie. I
to nawet lepiej, bo rodziny wolą najpierw na żywo porozmawiać z
kandydatką. W takich wypadkach nie pobieramy żadnej opłaty – mówi
Harriet de Wolff z agencji Absolutely Au Pairs. Dobrze, jeśli
dziewczyny mają doświadczenie w pracy z dziećmi, ale czasem wystarczy,
że miały młodsze rodzeństwo. Ważne jest zaświadczenie o niekaralności
dostarczone z policji z rodzinnego kraju. Zdarzały się bowiem przypadki
opiekunek – złodziejek. - Pracują u mnie dziewczyny z różnych krajów,
tak z Europy Wschodniej, jak i Finlandii, Hiszpanii, czy Francji, ale
muszę powiedzieć, że najbardziej chwalę sobie Polki. Te dziewczyny
naprawdę nie mają dwóch lewych rączek. Trzeba coś zrobić, robią to –
opowiada o swoich doświadczeniach. To nieprawda, że au pair to tylko
babskie zajęcie. Zdarzają się w tej roli i młodzi mężczyźni, chociaż
rzadziej. - Niektóre rodziny mają na przykład kilku chłopców. Wolą więc
dla nich starszego brata, który zagra z nimi w piłkę w parku, niż
gosposię – mówi Harriet. Jeśli rodzina, do której się przyjechało, nie
przypadnie do gustu, zawsze można ją zmienić. Powody rozstań bywają
różne. - Często jest to po prostu tęsknota za domem. Czasem brak
komunikacji i dogadania wzajemnych oczekiwań rodziców i au pair –
informuje Harriet. Jeśli jednak w wywiadach z rodzinami, które opuściła
dziewczyna, pojawiają się te same uwagi, co do jej osoby, wtedy agencja
może podziękować takiej opiekunce za współpracę. - Najważniejsza jest
otwartość i rozmowa – radzi Harriet. – Co najmniej raz w tygodniu
trzeba usiąść z rodzicami i uczciwie porozmawiać, czy wszystko w
porządku - mówi.
Solidarni z brytyjskimi związkami Solidarność użyczyła swojego słynnego logo związkom zawodowym w
Wielkiej Brytanii. Znajomy, charakterystyczny symbol, który powstał w
stoczni gdańskiej ma zachęcić Polaków zatrudnionyc...
Niania international Praca jako au pair to znakomity sposób, aby za bezcen zwiedzić
świat, poznać kulturę i język obcego kraju, a także wieść beztroskie
życie pod opieką goszczącej cię rodziny. Tylko dzieci czase...
O jeden drink za daleko... Pracował jak oszalały, by dogodzić wielkim gwiazdom
odwiedzającym klub, w którym pracował. Niestety, pracodawca wywdzięczył
mu się zwolnieniem dyscyplinarnym, bo wypił drinka, którego ...
Angielskie CV różni się w małych detalach od polskiego.To co u nas jest modne tutaj może być przeżytkiem. Drobne niedociągnięcia mogą zdyskwalifikować nas w ciągu pierwszych 30 sekund przeglądania dokumentu.