Teraz
to jest interes na granicy opłacalności. Kiedyś, fakt, można było
zarobić. Dziś już nie. Za duża konkurencja, co rusz ceny skupu idą w
górę. A ludzi sprzedających rude złoto jest coraz więcej – mówi
jeden z właścicieli punktu skupu złomu w Bristolu. Dla niego i wielu
innych nastał czas walki o klienta. Walki i obawy, czy Anglii nie grozi
zalew polskich złodziei studzienek kanalizacyjnych.
„Skup
metali kolorowych, miedź, kable, mosiądz. Odbiór także u klienta. Kupię
każdą ilość aluminium, alufelg i katalizatorów. Nie zwlekaj i dzwoń jak
najszybciej. Nie daj się nikomu wyprzedzić i zarób trochę grosza. Mamy
naprawdę super ceny! Najlepsze w mieście!” – dziesiątki takich ogłoszeń
można znaleźć każdego dnia w polskiej i angielskiej prasie. To nie
przypadek, że Polacy w pełni zawładnęli rynkiem złomiarskim na wyspach.
Można z tego nieźle żyć. A przynajmniej można było do tej pory.
Ceny winduje konkurencja
Jeszcze
kilka lat temu biznes polegający na skupie złomu można było spotkać w
Polsce praktycznie na każdym kroku. Po wejściu Polski do Unii, kiedy
otworzyły się dla nas granice, Polacy zaczęli zajmować się tego rodzaju
biznesem także w Anglii. Do tej pory bowiem handel złomem był tu na
miernym poziomie. Zazwyczaj zajmowały się nim duże firmy. Miejscowi nie
chcieli się babrać w brudzie i niszczyć samochodów przewożąc odpady.
Dlatego Polacy wzięli sprawy w swoje ręce.
Damian
Jabłoński do Bristolu przyjechał trzy lata temu. Zaczynał jak wszyscy:
zmywak, sprzątanie, drobne prace jako złota rączka. Kiedyś jechał na
zlecenie i zobaczył, że jeden z miejscowych złomów właśnie jest
zamykany. Znał na tyle angielski, że postanowił zapytać właściciela, o
co chodzi. – Interes mu nie szedł. Kiedyś miał syna,
który mu we wszystkim pomagał, ale ten wyjechał do Australii na studia.
Został więc sam. Nikt nie był w stanie mu pomóc, bo rodzina daleko. A
on chory przecież na kręgosłup. Ciągnął biznes jakieś dwa miesiące, ale
nie dawał już rady. Dlatego zamykał. Postanowiłem go od niego odkupić
na raty – mówi Damian. I tak się zaczęło.
Odnowili
stare kontakty, poprawili układy z poprzednimi odbiorcami złomu, dali
do gazet i radia ogłoszenia. Wszystko zaczęło się kręcić. Damian
jeździł ze skupionym złomem do odbiorców, Andrew (bo tak ma na imię
poprzedni właściciel) przyjmował klientów na miejscu i zajął się
księgowością. Z dnia na dzień szło im coraz lepiej. Po roku osiągnęli
to, co chcieli. Zyski były bowiem tak duże, że mogli pomyśleć o
rozbudowie placu. Teraz są jednym z największych złomów w Bristolu. – Nie
jest jednak tak różowo, jak każdy myśli. Kiedyś kilogram miedzi
skupowało się nawet za pół funta. Dziś trzeba za nią dać prawie trzy!
Konkurencja jest niesamowita. Ceny zmieniają się praktycznie
codziennie. A to ktoś podniesie miedź o pensa, a inny mosiądz o dwa. Tu
ktoś na aluminium da promocję, a gdzie indziej na katalizatory.
Prześpisz jeden dzień i już podbiorą ci klientów! – mówi ze złością w głosie Damian.
Próbowali mnie zastraszyć
Nie
on jeden wyrywa włosy z głowy. Konkurencja ma bowiem inne sposoby, żeby
wykurzyć najgroźniejszych rywali. Na własnej skórze przekonał się o tym
Tomasz Skwaczyński, który swój interes prowadzi na tyłach domu na
Perivalle w Londynie. – Ja bym się tym interesem nie
zajął, bo jestem dobrym hydraulikiem. Nie musiałem tego robić, ale
bliski kolega się tym trudnił i mnie wciągnął. Mówił, że można na tym
trochę zarobić, więc spróbowałem. Interes co prawda malutki, ale jakieś
zyski zaczął przynosić już na początku. To najwidoczniej nie spodobało
się konkurencji, która postanowiła mnie wykurzyć z rynku – zaczyna opowiadać.
Najpierw
dostał telefon, żeby przyjść na spotkanie wszystkich właścicieli złomów
w Londynie. Cel był jasny: założenie jednej korporacji, stworzenie
czegoś na kształt sieci punktów złomiarskich. Jednakowe ceny w różnych
częściach miasta, dzielenie się po równo zyskami, stabilność. Ale nie
chciał. – Nikt mi nie będzie mówił, co mam robić. To mój
interes i tyle. Mały, bo mały, ale mój. Nie muszę wstępować do żadnej
korporacji, żeby się z niego utrzymać. Przyznam jednak, że jest coraz
ciężej. Kiedyś na kilogramie miedzi można było zarobić nawet dwa i pół
funta. Dziś to ledwie 30-40 pensów. Działam na granicy opłacalności. Z
niektórymi materiałami już jadę po kosztach. Muszę jednak robić
promocje, bo pewnego pięknego dnia się obudzę, a konkurencja będzie
daleko przede mną – mówi Skwaczyński.
Jego wyniosłość nie spodobała się innym. Zaczął dostawać telefony z groźbami. – Nie
chcę mówić, czym mi grozili, ale to nie było miłe. W pewnym momencie
naprawdę się przeląkłem. To było wtedy, gdy ukradli mi część złomu. Ale
cwani są. Pod dom podjechała w biały dzień furgonetka z jakimiś
napisami. Myślałem, że to firma zajmująca się wywozem śmieci, więc nie
obserwowałem ludzi. Mieli kamizelki i inne rzeczy. Wyglądali wiarygodnie – mówi załamany.
Po kilku minutach okazało się jednak, że to złodzieje złomu! Wybiegł w majtkach na dwór, ale odjechali. – Od
tego czasu się pilnuję i mam jeszcze więcej determinacji w sobie, by
prowadzić interes samemu. Wkrótce powiększę plac i z nikim nigdy się
nie połączę – mówi.
Raz przynieśli studzienki
W
podobnej sytuacji był pan Adam (nie chciał publikacji swojego nazwiska
w prasie). Jemu nie grozili jednak telefonicznie. Przyjechał za to
mężczyzna w dobrze skrojonym garniturze z teczką i setkami dokumentów.
– Mówił, że jeśli wejdę do korporacji, to będę miał
większe zyski, dostanę logo i ich markę. A mnie to, za przeproszeniem,
gówno obchodzi. Przez siedem lat sam dochodziłem do tego, co mam
obecnie i teraz mam to oddać jakiemuś młodzikowi w garniturku? Co mu
się wydaje? Że ja się z choinki urwałem? Niech sobie popracuje przez
tyle lat w piątki świątki i niedziele po 12-14 godzin, to zrozumie – denerwuje się.
Mówi, że złom sprzedają dziś wszyscy: Anglicy, Pakistańczycy, Portugalczycy, Czesi i Turcy. Najwięcej jest jednak Polaków. – Na
początku przynosili małe ilości. Jakieś kable, katalizatory z
rozbieranych starych aut i mnóstwo alufelg z porzuconych przez
bristolczyków samochodów. Teraz wszystko się pozmieniało. Nierzadko
jest tak, że pod mój punkt zajeżdża ciężarówka i facet pyta, czy mam
miejsce na sześć ton złomu! Przecież ja kiedyś tyle nie potrafiłem
nazbierać w ciągu miesiąca! – nie może się nadziwić.
Ruch
u niego na okrągło. Co chwilę podjeżdża ktoś samochodem czy wózkiem.
Ludzie zostawiają tu prawdziwe skarby: lodówki, pralki, wanny, krany,
blachy samochodowe, metalowe poręcze, rury... – Ostatnio
się załamałem. Przyjechał facet i zapytał, czy nie chcę kupić fajnego
towaru. Mówię: pokaż pan, co tam masz. A on mi wyciąga cztery
studzienki kanalizacyjne! Popatrzyłem na niego spode łba i myślę sobie:
skąd ten gość to wziął? A on mi zaraz wyjeżdża z tekstem, że w
mieszkaniu ma jeszcze kilka słupków od znaków drogowych! Ale nie zdołał
ich ze sobą zabrać, bo nie miał na wózku miejsca! Co się porobiło na
tym świecie, co się porobiło... – macha z niedowierzaniem ręką.
Jeszcze nikogo nie złapali
Angielska
policja nie odnotowała jak do tej pory ani jednego przypadku kradzieży
studzienek, znaków czy innego tego typu sprzętu przez Polaków. Wydaje
się jednak, że to tylko kwestia czasu. – Zjawisko, które
w tej chwili obserwujemy w Polsce, już wkrótce przeniesie się na wyspy.
To właśnie tam wyjechali ludzie, którzy sprzątają, czyszczą, pracują w
hurtowniach, stoją za barem. Wypełnili niszę, w którą żaden Anglik nie
chciał się wpasować. Teraz przyszła kolej na polskich złomiarzy. Za
jakiś czas w kraju nie będzie już czego kraść, przeniosą się więc na
wyspy. To na pewno zepsuje reputację Polakom, którzy ciężko tam pracują
na swój wizerunek – mówi socjolog Antoni Widkiewicz.
Dodaje
jednocześnie, że Polacy mieszkający na wyspach mogą się temu skutecznie
przeciwstawić. Wystarczy tylko, że będą czujni i wykażą się postawą
godną społeczeństwa obywatelskiego. – Jeśli ktoś zauważy taki proceder,
niech od razu zgłosi go na policję. Jeśli się uda, może warto z takim
człowiekiem porozmawiać, znaleźć mu pracę, skierować go do odpowiedniej
instytucji. Choćby do kościoła. Wcale nie musi żyć z kradzieży złomu,
tylko pracować uczciwie. I jemu będzie dobrze, i Polakom lepiej. Dwa w
jednym, dlatego warto o tym pomyśleć – tłumaczy Widkiewicz.
Angielskie CV różni się w małych detalach od polskiego.To co u nas jest modne tutaj może być przeżytkiem. Drobne niedociągnięcia mogą zdyskwalifikować nas w ciągu pierwszych 30 sekund przeglądania dokumentu.