Antyimigracyjne nastroje w Wielkiej Brytanii Drukuj Email
wtorek, 29 sierpień 2006
Napływ setek tysięcy pracowników z nowych krajów Unii zaczyna wywoływać w Wielkiej Brytanii antyimigracyjną histerię. Czy przez nas Brytyjczycy zamkną teraz drzwi przed Rumunami i Bułgarami?

Miasto, które przejęli Polacy" - pod takim tytułem ukazał się kilka dni temu w prawicowej gazecie "Daily Mail"artykuł o 170-tysięcznym Peterborough we wschodniej Anglii.

Artykuł ostrzega przed "masową inwazją zagranicznych pracowników", którzy zabierają pracę miejscowym. Autorka cytuje przerażające liczby opublikowane przez urząd statystyczny: "Prawie 250 tys. Polaków, Słowaków, Litwinów, Czechów, Estończyków, Węgrów, Łotyszów i Słoweńców przyjeżdża co miesiąc do Brytanii. Wychodzi trzy miliony rocznie".

Polacy kradną ryby

Liczby przerażające też dla nas, bo wynikałoby z nich, że za niewiele ponad 20 lat cała Europa Środkowa się wyludni. Ponieważ 60 proc. wyjeżdżających do pracy na Wyspy to Polacy, tracilibyśmy 1,8 mln ludzi rocznie!

Sprawdziliśmy na stronie internetowej brytyjskiego Urzędu Statystyk Narodowych. Rzeczywiście, od kwietnia do czerwca na Wyspy przyjechało 701 tys. obywateli naszej części kontynentu, co daje 233 tys. na miesiąc. Autorka zapomniała jednak wspomnieć, że te dane dotyczą wszystkich wjazdów - urząd precyzuje, że połowa to turyści, dalej biznesmeni, a tylko 11 proc. osoby planujące pobyt na dłużej niż trzy miesiące, wśród nich poszukujący pracy. Dokładnie dwie trzecie, bo MSW podało, że w drugim kwartale tego roku było takich imigrantów 52 tys., czyli 17 tys. na miesiąc. I tak o 10 proc. mniej niż rok wcześniej, mamy zatem tendencję spadkową.

Dziennik "The Times" podkreśla, że ponad 80 proc. przybyszów z naszej części Europy to ludzie młodzi, którzy chcą zarobić i wrócić do siebie. Tylko 7 proc. wzięło ze sobą dzieci i 27 tys. dostaje dodatek na dziecko. Po inne zasiłki sięgnęło mniej niż tysiąc osób.

- Kosztuje to budżet kilkadziesiąt milionów funtów rocznie, co jest niczym w porównaniu z 2,5 miliardami, jakie kraj zarabia na pracy imigrantów z nowych krajów Unii - mówi "Gazecie" Jon Silverman z rady badań społeczno-ekonomicznych.

Mimo to coraz więcej mediów, głównie brukowców, niemal codziennie straszy Brytyjczyków tak jak "Daily Mail". Ostatnio tym, że przybysze z nowych krajów Unii pozbawią ich ryb, bo zaczęli pojawiać się wędkarze imigranci bez karty wędkarskiej, a zatem kłusownicy.

Straszak na Rumunów i Bułgarów

- Nieprzypadkowo awantura rozkręca się teraz, choć pracownicy z Europy Środkowej przybywają w dużej liczbie od dwóch lat - wyjaśnia "Gazecie" prof. Mark Johnson z uniwersytetu w Leicester. - Prawdopodobnie 1 stycznia 2007 r. do Unii wejdą Bułgaria i Rumunia, toteż rząd musi zdecydować, czy otworzyć dla ich obywateli swój rynek pracy. To w nich chcą uderzyć przeciwnicy imigracji.

Rzeczywiście, w czarnych historiach przewijających się przez prasę brukową miejsce polskiego hydraulika coraz częściej zajmują rumuński czy bułgarski gangster, chory na AIDS i handlarz kobietami. Wysokonakładowe bulwarówki "The Sun" i "Daily Star" ostrzegają, że brytyjskie miasta zaleją np. "salony masażu" (czytaj: burdele) i wzrośnie przestępczość.

Najgorętszą dyskusję wywołały opublikowane tydzień temu dane MSW, z których wynika, że po 1 maja 2004 r. zarejestrowało się 447 tys. pracowników z nowych krajów Unii. Doliczając pracujących na własny rachunek oraz nielegalnie, ministerstwo szacuje tę nową falę imigracji na ok. 600 tys. ludzi. Media zarzucają rządowi, że nie panuje nad sytuacją, bo przed rozszerzeniem UE oceniał, że będzie to 20-krotnie mniej.

Po raporcie MSW zaczęła się licytacja, ilu pracowników może przyjechać z Bułgarii i Rumunii. Instytut Badań nad Polityką Publiczną podał, że będzie ich ok. 56 tys. w ciągu roku. Przebił go prawicowy Migrationwatch, przewidując napływ 300 tys. w 20 miesięcy.

Rekord pobił jednak think-tank "Open Europe", który twierdzi, że przez pierwsze dwa lata przyjedzie 450 tys. Rumunów i 270 tys. Bułgarów.

Za wyssane z palca uznał te liczby dziennik "The Guardian", który nie ulegając histerii, w rzeczowym artykule argumentuje, że choć Bułgaria czy Rumunia są biedniejsze np. od Polski, imigracja z tych krajów będzie mniejsza. Gazeta przypomina, że nie tylko liczą ponad połowę mniej ludności niż dziesięć krajów, które weszły do Unii 1 maja 2004 r., ale mniejszy jej odsetek zna język angielski.

Poza tym historycznie mają bliższe związki z Europą Południową, gdzie dwa kraje - Hiszpania i Włochy - w tym roku otworzyły swoje rynki pracy, i presja na Wielką Brytanię powinna być mniejsza.

Przeciwnicy imigracji górą

Szala zdaje się jednak przechylać na stronę zwolenników ograniczeń dla Rumunów i Bułgarów. "Gazeta" pisała miesiąc temu, że z MSW wyciekł tajny raport wieszczący, że jeśli takich ograniczeń nie będzie, to załamie się służba zdrowia, szkolnictwa i opieka społeczna.

- Raport był wzięty z księżyca, nie powołano się w nim na żadne dane, jedynie na "przypuszczenia" - mówi prof. Mark Johnson. - To był element walki w rządzie między zwolennikami a przeciwnikami otwarcia rynku pracy dla Rumunów i Bułgarów.

Zdaniem mediów do obozu przeciwników zaliczają się szef MSW John Reid, a do zwolenników nowa szefowa dyplomacji Margaret Beckett. Niedoświadczona Beckett ma jednak słabą pozycję, a Reid jest teraz na fali - podległe mu służby zapobiegły potężnemu zamachowi na samoloty lecące z Wysp do USA i popularność twardo wypowiadającego się w mediach ministra poszybowała w górę. Prasa spekuluje, że wykorzysta swoje pięć minut i zawalczy o fotel premiera, który w ciągu roku powinien zwolnić Tony Blair.

Swoje pięć minut wykorzystują też opozycyjni konserwatyści, którzy pierwszy raz od kilkunastu lat przewodzą w sondażach i ruszyli z intensywną kampanią antyimigracyjną. Rzecznik torysów ds. imigracji Damian Green przedstawił właśnie pełen program zmiany polityki w tej dziedzinie - nie tylko siedmioletni zakaz pracy dla Bułgarów i Rumunów, na który pozwala Bruksela, ale też coroczne limity na imigrantów spoza Unii.

Po stronie opozycji stanęła potężna Konfederacja Przemysłu Brytyjskiego i część związków zawodowych, które finansują większość budżetu rządzącej Partii Pracy. Ich zdaniem imigranci z naszego regionu odpowiadają za wzrost bezrobocia w ostatnim roku o ponad 200 tys.

- Ekonomiści nie są co do tego zgodni - mówi "Gazecie" Danny Sriskandarajah z Instytutu Badań nad Polityką Publiczną. - Po części tak jest, ale bez pracy imigrantów przez ostatnie dwa lata nasz wzrost gospodarczy byłby średnio o 1 pkt proc. mniejszy. Mielibyśmy zatem jeszcze większy wzrost bezrobocia.

Dla dołujących w sondażach laburzystów najważniejszy może być nacisk opinii publicznej. Według badania opublikowanego w zeszłym tygodniu w "The Times" przeciwników imigracji jest najwięcej w historii. Jej ograniczenia chce 77 proc. Brytyjczyków, a tylko 14 proc. dostrzega jej pozytywne aspekty.

Być może zatem minister przemysłu Alistair Darling puścił parę z ust, gdy w zeszły poniedziałek na pytanie dziennikarza BBC, czy rząd otworzy rynek pracy dla Bułgarów i Rumunów, odpowiedział: - Nie, potrzebujemy systemu kontroli.

Wprawdzie rząd później tłumaczył się, że decyzja jeszcze nie zapadła, a minister Darling miał jedynie na myśli potrzebę debaty w tej sprawie, ale media miały o czym spekulować.

Europejczyk łatwym celem

W całej debacie prawie nikt nie wspomina innych liczb, które MSW opublikowało wraz z danymi o 600 tys. imigrantów z Europy Środkowej - o imigracji z Afryki i Azji. To z tych regionów dramatycznie szybko rośnie liczba przybyszów - jeszcze dziesięć lat temu osiedlało się ich na Wyspach średnio 50 tys. rocznie, w 2005 już prawie 180 tys.

Obie imigracje bardzo się też różnią - z Polski czy Litwy niemal każdy przyjeżdża do pracy, zaś z Afryki i Azji tylko co piąty. Reszta to głównie ich żony i dzieci, którym państwo musi zapewnić utrzymanie i edukację. Do tego imigranci europejscy przyjeżdżają na krótko i rozpraszają się po kraju, pozostali skupiają w swoich wspólnotach, w których często żyją kolejne pokolenia, i słabo integrują się ze społeczeństwem.

Uwagę na to zwrócił jedynie "The Times", twierdząc, że mediom łatwiej jest dyskutować o "białej" imigracji, bo nie ryzykują oskarżenia o rasizm. "Trudno oprzeć się wrażeniu, że media koncentrują się na imigracji europejskiej, a pomijają tę z reszty świata - pisze na łamach gazety Andrew Green, szef instytutu Migrationwatch. - Gdy na jesieni okazało się, że cała imigracja skoczyła o 50 proc. w ciągu roku, BBC nawet o tym nie wspomniała". /zrodlo: gazeta.pl/




  Bądź pierwszym który skomentuje
RSS komentarzy
 
A-Plan
Piszemy angielskie CV

CV Angielskie CV różni się w małych detalach od polskiego.To co u nas jest modne tutaj może być przeżytkiem. Drobne niedociągnięcia mogą zdyskwalifikować nas w ciągu pierwszych 30 sekund przeglądania dokumentu.

Czytaj całość...

 

Subskrypcja

Zapisz się do naszej listy mailingowej, aby otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach, konkursach...






Who's Online