Wielka Brytania: Brytyjczycy ciagle nie gotowi walczyc z groźbą terroru islamskiego Drukuj Email
sobota, 08 lipiec 2006
Dokładnie rok po zamachach w Londynie policja ostrzegła wczoraj, że kolejne są tylko kwestią czasu. Przez 12 miesięcy władze nie zrobiły jednak nic, by walczyć z fundamentalizmem islamskim

Godzina 8.48, stacja metra King`s Cross. Po przedarciu się przez korytarze obstawione ochroniarzami, policjantami i pracownikami ratownictwa medycznego docieram na peron i wsiadam do pociągu jadącego na Russel Square. Dokładnie w tym samym momencie rok temu ruszył z tego miejsca pociąg, który kilkadziesiąt sekund później rozerwała bomba, zabijając 26 osób i raniąc ponad 300.

Nie da się odpędzić myśli, że nie brakuje wariatów, którym może strzelić do głowy powtórzenie zamachu o tej samej porze, co rok temu. W wagonie panuje jednak spokojna, senna atmosfera - chłopak oparty o drzwi słucha muzyki z MP3, dziewczyna na siedzeniu jest zajęta stukaniem w komórkę, grupka ludzi rozmawia o błahych sprawach. W pewnym momencie jeden facet wyciąga kamerę, drugi mikrofon i zaczynają pytać pasażerów, jak im się jeździ metrem od czasu zamachów.

Wszyscy odpowiadają to samo, do znudzenia - bardzo się denerwuję, często myślę, że ktoś obok mnie może mieć ze sobą bombę. Dopiero jeden staruszek, na oko 70 lat, dobitnie stwierdza: - Wcale się nie denerwuję. Jeśli pozwolimy, by naszym życiem rządził strach, cóż to życie będzie warte?

Po wyjściu z metra znowu tłum policjantów, widać ich też niemal na każdej ulicy. Do Londynu ściągnięto w tych dniach kilka tysięcy policjantów oraz psy tropiące. Rano szef stołecznej policji sir Ian Blair ostrzegł, że groźba ponownych zamachów jest większa niż kiedykolwiek i na pewno w Londynie będą jeszcze wybuchać bomby.

Choć policja od roku prowadzi intensywne śledztwa przeciw islamskim radykałom, a rząd uchwalił surowe prawo antyterrorystyczne, nikt nie odpowiedział dotąd na pytanie, jak czwórka spokojnych, dobrze wykształconych mieszkańców Leeds przekształciła się na ziemi brytyjskiej w fanatyków i wysadziła w powietrze, zabijając niewinnych ludzi. Rok temu Tony Blair ogłosił 12-punktowy plan walki z radykalizacją młodych muzułmanów, który miał odtąd "zmienić zasady gry", ale dziś zostało po nim tylko wspomnienie - nie ma kontroli nad radykalnymi meczetami, nie wydala się imamów wzywających do zabijania niewiernych, nie zdelegalizowano organizacji islamistycznej Hizb ut Tahrir, która jest zakazana w większości krajów zachodnich.

Rząd zarzucił te środki pod naciskiem policji, która przekonywała, że wywołają złość muzułmanów i nie będą oni chcieli z nią współpracować. - Działania policji paraliżuje strach przed narażeniem się mniejszościom - wyjaśnia "Gazecie" David Livingstone, ekspert od terroryzmu. - Zaczęło się od głośnej w latach 90. sprawy pobicia czarnoskórego mężczyzny, a reakcja muzułmanów po zamachach 7 lipca jeszcze ten paraliż wzmogła.

Po zamachach wszystkie organizacje muzułmańskie ogłosiły, że pierwszą ich ofiarą są sami muzułmanie, bo media łączą terroryzm z islamem, który jest przecież religią pokojową. Wezwały władze, by walczyły z islamofobią. Obawy o wzrost nastrojów antyislamskich pojawiły się w wypowiedziach polityków, przedstawicieli policji, pełno ich było w prasie. "Skoro łączenie islamu z terroryzmem powoduje oskarżenia o islamofobię, prowadzi to do zaprzeczania temu, że za zamachami stoi radykalna, wyprowadzona jednak z islamu ideologia - pisze w swej najnowszej książce "Londonistan" znana dziennikarka Melanie Phillips. - Dlatego nie zrobiono nic, by z tą ideologią walczyć".

Co więcej, na początku września ub.r. "The Observer" ujawnił dokument MSZ, z którego wynika, że służby specjalne zalecały, by rząd sam rozniecał antyzachodnią propagandę, by zjednać sobie środowiska muzułmańskie. Do tego nie doszło, ale władze wypracowały dziwną koncepcję walki z ekstremizmem przy pomocy... ekstremistów.

Na początku września rząd powołał grupę do walki z islamskim fundamentalizmem, w której zasiedli m.in. prawnik Ahmad Thompson, który głosi, że tajny sojusz Żydów i masonów rządzi światem, czy Inayat Bunglawala z Brytyjskiej Rady Muzułmanów, który po 11 września wychwalał Osamę ben Ladena. Szef MSW Charles Clarke oświadczył, że rząd chce w ten sposób pokazać muzułmanom, na czym polega tolerancja i szacunek dla wszystkich poglądów.

Pierwszym zaleceniem grupy był postulat zniesienia Dnia Holocaustu jako obraźliwego dla muzułmanów. Zaleciła ona walkę z radykalnym islamem poprzez zwiększenie godzin nauki islamu w szkołach, zmianę brytyjskiej polityki zagranicznej oraz powołanie zespołu rządowego, który będzie ścigał wszelkie przejawy islamofobii.

- Udając, że nie ma problemu, władze przez 20 lat pozwoliły, by schronienie w Wielkiej Brytanii znajdowali terroryści z całego świata, radykalni imamowie uczyli całe pokolenie młodych muzułmanów nienawiści do Zachodu, a Londyn zyskał za granicą pogardliwe miano Londonistanu - mówi "Gazecie" prof. Michael Clarke z londyńskiego King`s College. Owoce tej beztroski wychodzą w szokujących wynikach sondaży: 1 proc. brytyjskich muzułmanów, czyli 16 tys., to terroryści lub zwolennicy terroryzmu, a 32 proc. (!) wierzy, że "zachodnie społeczeństwa są dekadenckie i niemoralne, a muzułmanie powinni starać się je zniszczyć".

- Najwyraźniej zamachy 7 lipca niczego nas nie nauczyły - przyznaje prof. Clarke. - Mają rację szefowie policji, gdy każą Londyńczykom czekać na kolejne zamachy.  /zrodlo: gazeta.pl/


  Bądź pierwszym który skomentuje
RSS komentarzy
 
A-Plan
Piszemy angielskie CV

CV Angielskie CV różni się w małych detalach od polskiego.To co u nas jest modne tutaj może być przeżytkiem. Drobne niedociągnięcia mogą zdyskwalifikować nas w ciągu pierwszych 30 sekund przeglądania dokumentu.

Czytaj całość...

 

Subskrypcja

Zapisz się do naszej listy mailingowej, aby otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach, konkursach...






Who's Online

Odwiedza nas 6 gości