|
Rozmowa z Księdzem Krzysztofem Wojcieszakiem, marianinem, proboszczem polskiej parafii na Ealingu.
Obserwując życie „polskiego” Londynu ma się wrażenie, że mamy tu coraz więcej polskich ślubów. Powstają polskie salony ślubne, a także firmy świadczące wszelkie weselne usługi. Czy ksiądz także zaobserwował to zjawisko? Kiedy jesienią 2002 roku zaczynałem tutaj pracę, na naukach przedmałżeńskich mieliśmy około 25 par. W roku 2003 na kursach było już około 50 par. Gdy jednak rok później Unia Europejska otworzyła dla nas granice, liczba par, które zgłaszały się na nauki, przerosła nasze oczekiwania. W tym roku, w lutym, w katechezach dla narzeczonych uczestniczyło 105 par. I pewnie na kolejnej edycji spotkań mielibyśmy tyle samo chętnych, gdybym nie zaczął odsyłać tych, którzy ślub planują dopiero za kilka miesięcy, na dalsze terminy. Wniosek nasuwa się prosty: jest pilna potrzeba nowych polskich ośrodków duszpasterskich. Chciałbym też dodać, że nauki dla narzeczonych w naszej parafii są bardzo ciekawe. Prowadzą je osoby z wieloletnim doświadczeniem życia małżeńskiego, co dodaje im także autorytetu w oczach młodych. Jeszcze nie słyszałem od słuchaczy negatywnych opinii na temat jakości tych zajęć.
Czy pary, które korzystają z nauk w Londynie, także tutaj decydują się na ślub? Muszę powiedzieć, że raczej nie. Ponad 90 procent z nich zawiera sakrament małżeństwa w Polsce, bo w kraju wszystko jest bardziej uroczyste niż tutaj. Liturgia sakramentu wprawdzie niczym się nie różni, ale tam są u siebie. Poza tym, nie sposób wszystkich gości zaprosić do Londynu.
Kto więc przede wszystkim zawiera śluby w Londynie, tzw. pary mieszane? Nie. Nie ma tu jakiejś reguły, ale te rzeczywiście częściej oraz te pary polskie, które zamierzają pozostać w Anglii na stałe.
Czy utkwił księdzu w pamięci jakiś szczególny ślub, inny niż wszystkie? Pamiętam na przykład jeden niezwykły ślub, polsko – polski, na którym obecni byli tylko nowożeńcy i świadkowie. Było to w zwykły dzień, oboje byli niezwykle skromnie ubrani... To była taka maleńka, cicha uroczystość, nawet bez organistki. Im nie zależało na uroczystym przyjęciu, ale wyłącznie na sakramencie, który chcieli zawrzeć w bardzo intymnym zewnętrznym klimacie. Są też śluby z wyznawcami innych religii, z osobami niewierzącymi, ale one ciągle są rzadkością.
Rozmawia ksiądz z każdą parą osobno. Co najczęściej sprawia, że decydują się na ślub? Samotność w tym wielkim mieście? To, że w dwójkę łatwiej się żyje? Wydaje mi się, że ci młodzi ludzie nie przyszliby na nauki i nie podjęliby decyzji o ślubie na całe życie, gdyby nie byli zakochani w sobie. A to jest łaską od Boga, który jest źródłem wszelkiej autentycznej miłości. Inaczej tego sobie nie potrafię wytłumaczyć. Ja tak o nich myślę, gdy na nich patrzę i z nimi rozmawiam. Bardzo lubię te rozmowy z narzeczonymi. Bóg pozwala mi niejako „dotykać” tajemnicy miłości, jaka powstała między dwojgiem ludzi. Jeśli za ślubem przemawiają inne argumenty, to one chyba nie wytrzymają próby czasu, jeśli u podstaw decyzji o małżeństwie nie ma miłości. Jeśli między ludźmi jest miłość, to wtedy rzeczywiście „we dwójkę łatwiej się żyje” i nie jest się samotnym. Z moich spotkań z narzeczonymi wiem jednak, że duża część z nich przyjechała tu, aby razem zarobić na ślub w Polsce i na łatwiejszy start na „nowej drodze życia”. Gdy pytam ich o plany związane z przyszłością rodziny, to duża część z nich mówi, że bez względu na to, czy są tu rok czy nawet dziesięć lat, to ostatecznie mają zamiar wrócić do Polski. Argumentem zawsze jest dobro przyszłego potomstwa, które tutaj znacznie trudniej wychować. W kraju znacznie prościej jest zadbać o silne więzy i właściwe rodzinne relacje. Jest także pomoc dziadków w wychowywaniu dzieci; poza tym blisko zawsze jest szkoła i kościół.
zrodlo: goniec.com
|