Polacy jak jaskółki? Drukuj Email
piątek, 11 sierpień 2006

ImagePolacy. Dorobkiewicze bez uczuć czy opiekunowie domowego ogniska walczący o lepszą przyszłość? Głośnym echem odbiła się wśród naszych rodaków sprawa porzucenia w Polsce dziecka przez matkę, która wyjeżdżając do Wielkiej Brytanii rzekomo oddała córeczkę do Domu Dziecka.

Sprawę bardzo obszernie opisał 30 lipca The Mail on Sunday. Na stronie ósmej autor chcąc przedstawić ogólny obraz Polaków tu osiadłych opisał przypadek małej Ani Siebielec, którą wyrodna matka imigrując podrzuciła do Domu Dziecka we Wrocławiu. Zbulwersowani sprawą postanowiliśmy niezwłocznie i jak się okazuje jako jedyni sprawdzić opisaną historię. - Muszę zdecydowanie stwierdzić, że mała Ania została porzucona, ale nie z powodu wyjazdu matki do UK. Mieliśmy w naszym ośrodku jeszcze troje dzieci tej pani, której w efekcie odebrano prawa rodzicielskie. To, co zostało zawarte w tym artykule jest fikcją, a dziennikarz napisał po prostu to, co chciał. Poza tym wbrew zapewnieniom i szczególnie wbrew Konwencji Praw Dziecka zostało tam także zawarte zdjęcie dziewczynki - mówi oburzona dyrektor placówki, Jolanta Dutkiewicz.

Dom Dziecka

Dom Dziecka nr 1 we Wrocławiu jest placówką interwencyjną. Oznacza to, że dzieci do ośrodka trafiają z interwencji, np. w przypadku zatrzymania pijanej matki w miejscu publicznym, stwierdzenia przez policję nienależytej opieki nad dzieckiem itp. Rodzic z innych, „własnych” powodów nie ma możliwości umieścić swojego dziecka w tym ośrodku. Dzieci tam przywiezione są diagnozowane, a o ich losach decyduje sąd. Trafiają tam także niespełna kilkunastodniowe niemowlęta. - Na przeszło siedemdziesięcioro dzieci, jakie w ostatnim czasie mieliśmy u siebie, nie było ani jednego przypadku pozwalającego stwierdzić, że stało się tak z powodu wyjazdu za granicę któregoś z rodziców - dementuje stanowczo dyrektor Dutkiewicz.

Brak przykładów

Przykłady patologicznych postaw są także rozdmuchiwane przez polską prasę. Niestety niechlubna mniejszość psuje opinię większości polskiej emigracji. - Czytałem przedruki z prasy mówiące o tym, iż takie przypadki mają miejsce, jednak my, jako Konsulat, jak dotychczas nie spotkaliśmy się z takimi sytuacjami. Poza tym brak jest danych na ten temat. W Wielkiej Brytanii np. są odpowiednie procedury adoptacyjne, które to regulują. Jak jednak zaznaczyłem, dotychczas nie było u nas takiej sprawy i takiego zgłoszenia, co oczywiście nie świadczy o tym, że do tego typy sytuacji nie dochodzi - powiedział z kolei Konsul RP w Londynie, Michał Mazurek.

Prawo

Sytuacje podobne do opisanej, bez względu na miejsce zdarzenia, zawsze mają swój wydźwięk prawny. - Standardowa w takich przypadkach jest procedura, iż odbiera się takim rodzicom prawa rodzicielskie, musi to jednak być określone orzeczeniem sądu. Wcześniej dzieci lądują właśnie w przejściowych placówkach opiekuńczych - podkreśla Małgorzata Harasimiuk z Wydziały Komunikacji Społecznej, Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. - Tego typu problemy należy rozpatrywać indywidualnie. Dlaczego rodzice zrobili tak, a nie oddali dziecka do np. dalszej rodziny. Często dzieje się tak nie ze złej ich woli. To zależy od wielu czynników i nie można pochopnie ferować wyroków. Rodziców porzucających lub podrzucających dzieci jest niemało, jednak jest to problem dość obszerny i zależy od wielu nakładających się wzajemnie czynników - dodaje z kolei dr nauk humanistycznych Anna Jakubowska - Winecka, kierownik zakładu psychologii klinicznej z Centrum Zdrowia Dziecka.

Rzeczywistość

Jak wygląda naprawdę polska emigracja? Czy Polacy to dorobkiewicze bez uczuć czy opiekunowie domowego ogniska walczący o lepszą przyszłość? W całej Wielkiej Brytanii, tylko do Polskich Szkół Sobotnich uczęszcza około 4 tysiące polskich dzieci, z czego duża część przyjechała z rodzicami w trakcie ostatniej fali emigracyjnej. - Jesteśmy tu już właśnie od dwóch lat. Byliśmy tu z mężem już wcześniej, więc starannie zaplanowaliśmy swój przyjazd. Nasze plany nierozerwalnie są związane z naszym synkiem, więc nie było jakiejkolwiek mowy o innym rozwiązaniu, niż wspólny przyjazd do Londynu. Choć, niestety mamy tu znajomych, którzy zostawili Polsce z dziadkami, swoje 6- miesięczne dziecko - mówią Joanna i Jarosław Markowscy, rodzice 4-letniego Denisa.

Z perspektywy

Jakiekolwiek problemy związane ze wspólnym przyjazdem na Wyspy rodzą się raczej z troski o zapewnienie jak najlepszych warunków na „starcie”. - Przyjechałam tu 2 lata temu. Przez pierwsze pół roku moim synkiem opiekowali się rodzice w Polsce. Fakt chwilowej rozłąki nie był niczym przyjemnym, ale nie było innej możliwości. Obawiałam się tego „startu”, więc przygotowywałam jak najlepszy grunt pod to, by wychowywać tu swoje dziecko. I teraz nie żałuję tego. Mój syn skończył już II klasę, oboje świetnie sobie radzimy. Z perspektywy czasu naszą decyzję o przyjeździe uważam za udaną - stwierdza natomiast Joanna Dembińska, matka 8-letniego Kuby. Nasz kraj od przeszło dwóch lat jest w strukturach Unii Europejskiej, a sami Polacy, tak jak przyjeżdżali na Wyspy Brytyjskie wcześniej, tak będą tu przyjeżdżać i osiedlać się nadal. Jest to zresztą proces naturalny i korzystny dla obu stron. Waldemar Bilecki, ojciec 5-letniej Emilii i 6-letniego Michała podsumowuje to zdaniem: - To, że przyjechaliśmy tu z żoną i dwójką naszych dzieci jest tylko i włącznie naszym wyborem. W tych czasach jest przecież rzeczą oczywistą decydowanie o własnych losach. Jednak bez względu, gdzie jesteśmy, musimy jako rodzice pamiętać przede wszystkim o jednym, że los naszych dzieci jest tylko i włącznie w naszych rękach. I to wszystko.


zrodlo: Polishexpress.co.uk

 
Niezły numer... Drukuj Email
piątek, 11 sierpień 2006

ImageRobert jest szczęściarzem, który zdołał się dodzwonić do konsulatu, udowadniając tym samym, że cuda się zdarzają. - To było ponad trzy tygodnie temu - kręci głową z niedowierzaniem. Umowili go dopiero na dzisiaj. Jego żona krąży po okolicy z dzieckiem w wózku, by znaleźć odrobinę cienia, a on czeka. Przed nim, pod samymi drzwiami konsulatu, kłębi się tłum.

Dziennikarzowi „Polish Express” zaginął paszport. Tak jak każdy obywatel musi w tej sprawie stawić czoła Konsulatowi Generalnemu RP w Londynie. Chwytam w rękę „Informator polski 2005/2006” i dzwonię. Niestety, numer jest zajęty. Po chwili drugie podejście, które również kończy się niepowodzeniem. Podobnie podejście trzecie, czwarte i piąte. Za szóstym oddycham z ulgą. Jest połączenie. Niestety. To tylko oschły głos automatycznej sekretarki, która poleca mi tonowo wybrać numer pożądanego działu konsulatu. Wybieram. Chwila odprężenia. Słucham arcydzieła muzyki klasycznej. Szkoda, że tylko w wykonaniu elektronicznej katarynki. Niestety linia znowu zajęta. Rozmowa została rozłączona. Jednak, jak się wkrótce przekonuję, i tak mi się udało. Podobno odsłuchanie klasyków muzyki dawnej jest przywilejem, który rzadko spływa na interesantów. Zazwyczaj muszą się zadowolić jedynie przerywanym sygnałem zajętej linii, którego słuchać można aż do wyładowania się baterii w słuchawce telefonu.

Głuchy telefon

Wiedziony odruchem desperacji wybieram się do konsulatu osobiście. Przewidując typowy dla polskich urzędów brak zrozumienia dla ludzi pracy, zwalniam się z biura wcześniej, by trafić do urzędu już około piętnastej. Niestety, jak się okazuje - nie doceniłem inwencji, jaką może wykazać się konsulat w kwestii doboru godzin przyjęć interesantów. Przyjmuje ich jedynie od 9.30 rano do 12.30. Tylko w czwartki jest czynny do 16.00. Na szczęście, oprócz komunikatów pouczających interesantów o savoir-vivre formowania kolejki na chodniku i stania w niej, znajduję przyklejony na szybie okna również komunikat informujący o specjalnym numerze telefonu, pod którym można umawiać się na wizyty w dziale paszportowym, a także adres e-mailowy, pod który można wysłać prośbę o wyznaczenie terminu. Jeszcze tego samego dnia wysyłam e-mail z prośbą o umówienie spotkania i jakiekolwiek informacje na temat wymaganych dokumentów. Niestety, ani dnia następnego, ani kolejnego, nikt do mnie nie oddzwania, ani nie odpisuje. Nie zrażając się, chwytam ponownie za słuchawkę telefonu i dzwonię pod numer, podany jako przeznaczony specjalnie do umawiania spotkań paszportowych. Mam też na uwadze, że przykazano dzwonić jedynie w godzinach od 14 do 16. Dwie godziny ze słuchawką przyklejoną do ucha, wreszcie wyprowadza mnie z równowagi. Numer telefonu nie jest nawet zajęty - po prostu nikt nie odbiera! Po weekendzie spędzonym na nerwowym obgryzaniu paznokci zrywam się o świcie, by ruszyć do konsulatu, zanim jeszcze go otworzą. Niestety, o godzinie 9 rano jestem już tylko kolejnym w kolejce. A obsługiwane jako pierwsze i tak będą osoby, które jakimś cudem zdołały się na wizytę umówić.

W kolejce

- Jesteśmy tu od 8 rano - wzdycha Bogdan Urbanowicz, który stacjonuje pod płotem konsulatu wraz z tobołami i dwiema koleżankami. Jedna z nich straciła wszystkie dokumenty. Chce po prostu wrócić do kraju. - Tak, usiłowaliśmy dzwonić na numer konsulatu - zapewnia Bogdan. - Powiem krótko: to niezły numer - kręci głową z niedowierzaniem. Tuż obok stoi Daniel. Chciałby załatwić formalności paszportowe związane z uzyskaniem możliwości wyjechania do Polski z dzieckiem na wakacje. Nie udało mu się umówić na wizytę przez telefon, więc przyszedł w ciemno. - Pod konsulatem byłem dzisiaj pierwszy - zapewnia z dumą. Może uda mu się wejść, jak załatwią wszystkich umówionych. Tymczasem praży się w przedpołudniowym słońcu, podpierając płot. Jak ocenia obsługę klientów w konsulacie? - Nie bardzo - sapie z rezygnacją. Robert jest szczęściarzem, który zdołał się dodzwonić do konsulatu, udowadniając tym samym, że cuda się zdarzają. - To było ponad trzy tygodnie temu. Umówili mnie na dzisiaj na 11.40 - kręci głową z niedowierzaniem. Oczywiście jest tu też z dzieckiem, bo właśnie ono wymaga paszportu. Jego żona krąży z wózkiem po okolicy, by znaleźć odrobinę cienia. Przed nim, pod samymi drzwiami konsulatu, kłębi się tłum. - Nie wiem, czy te osoby mają wejść przede mną? - wskazuje na zegarek, na którym widnieje godzina 11.10. Podejrzewa, że to ci nie umówieni pchają się na przód. Edward Głowacki stoi w kolejce z koleżanką, która na wizytę usiłowała się umówić drogą internetową. - Wysłała ze sto e-maili i na żaden nie uzyskała odpowiedzi - opisuje obrazowo.

Pan ochroniarz

Artur jest już stałym bywalcem kolejki. Oczywiście nie udało mu się umówić przez telefon. - Trzeba przyjść tak o 7 rano, żeby mieć jakiekolwiek szanse na wejście - doradza. Trzeci raz stoi w kolejce. Za pierwszym razem dowiedział się w ogóle, jak do załatwiania sprawy podejść. Za drugim okazało się, że przyniósł za mało zdjęć. Może dziś wreszcie sfinalizuje sprawę. - Brak jest jakiejkolwiek informacji. Ochroniarz przy drzwiach też jest jakiś dziwny. Lepiej go o nic nie pytać - ostrzega. Shereen Bulbulia jest obywatelką Afryki Południowej. Przyszła z mężem po wizę do Polski, więc nie musiała stać w kolejce. Jednak musiała się przez nią przedzierać. I jej udzieliły się przykre doznania związane z ochroniarzem. - Przede wszystkim zdziwiło mnie, że nie mówi po angielsku - opowiada. - Mąż, który jest Polakiem, musiał mu wyjaśnić, po co przyszłam. Według niej, jak na pierwszą osobę, którą spotyka się przy wejściu do placówki dyplomatycznej, ten ochroniarz nie robi zbyt sympatycznego wrażenia. Zwróciła też uwagę na to, jak odnosi się do pozostałych interesantów: - Nie potrafię tego pojąć, jak to możliwe, że funkcjonariusze polskiego konsulatu w taki sposób traktują obywateli swojego własnego kraju - jest wyraźnie zszokowana. O godzinie 11.20 ochroniarz oznajmia, że dziś konsulat kończy już przyjmowanie interesantów w dziale paszportowym. Kto chce, może wpisać się na listę kolejkową na dzień następny. Zgromadzeni ludzie rzucają się w kierunku podanej im kartki.


zrodlo: Polishexpress.co.uk

 
Wielka Brytania: Zniesiono ograniczenia na Heathrow Drukuj Email
piątek, 11 sierpień 2006
Brytyjskie służby kontroli przestrzeni powietrznej zezwoliły zarządowi brytyjskich lotnisk (BAA) na zniesienie ograniczeń, wprowadzonych na lotach średniego dystansu z i na londyńskie lotnisko Heathrow - poinformowały źródła w BAA.

Nie obowiązują już ograniczenia na lotach średniego dystansu. Zniesiono te, które obowiązywały - powiedziała rzeczniczka BAA. Dodała, że nie ma też żadnych ograniczeń na lotach długiego dystansu, choć pasażerowie muszą się liczyć z dużymi opóźnieniami
Czytaj całość…
 
Spisek terrorystów - najmłodszy z nich miał 17 lat Drukuj Email
piątek, 11 sierpień 2006
Londyński Bank of England zamroził konta 19 osób, zatrzymanych w związku z podejrzeniem o udział w ujawnionym przez brytyjską policję spisku terrorystycznym, mającym na celu wysadzenie samolotów lecących z Wielkiej Brytanii do USA.

Bank podał też nazwiska i wiek 19 podejrzanych. Najmłodszy z nich miał 17 lat, najstarszy 36 - informuje serwis BBC News. Brytyjski bank centralny podjął taką decyzję na wniosek resortu finansów, który z kolei oparł się na opinii służb bezpieczeństwa - wyjaśniono w Londynie.
Czytaj całość…
 
W. Brytania: Policja udaremniła plany zamachów w samolotach Drukuj Email
czwartek, 10 sierpień 2006
Brytyjska policja udaremniła plany serii zamachów terrorystycznych w samolotach lecących z Wielkiej Brytanii do USA - poinformował w czwartek rano Scotland Yard.

W związku ze sprawą w rejonie Londynu aresztowano około 21 osób. Władze na wszystkich brytyjskich lotniskach ogłosiły najwyższy poziom pogotowia antyterrorystycznego. Spodziewane są znaczne opóźnienia w ruchu lotniczym. Brytyjska policja potwierdziła, że terroryści planowali serię skoordynowanych zamachów w kilku samolotach zmierzających z Wielkiej Brytanii do USA.
Czytaj całość…
 
«« start « poprz. 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 nast. » koniec »»

Pozycje :: 73 - 81 z 93
A-Plan
Piszemy angielskie CV

CV Angielskie CV różni się w małych detalach od polskiego.To co u nas jest modne tutaj może być przeżytkiem. Drobne niedociągnięcia mogą zdyskwalifikować nas w ciągu pierwszych 30 sekund przeglądania dokumentu.

Czytaj całość...

 

Subskrypcja

Zapisz się do naszej listy mailingowej, aby otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach, konkursach...






Who's Online

Odwiedza nas 1 gość