WIelka Brytania: Terroryzm pasażerski Drukuj Email
wtorek, 15 sierpień 2006
Pasażerowie, korzystający z brytyjskich lotnisk, we wtorek nadal muszą liczyć się z opóźnieniami lotów i długim czasem oczekiwania na odprawę - poinformowała rano zarządzająca brytyjskimi portami lotniczymi spółka BAA.

Władze brytyjskie w poniedziałek złagodziły restrykcje, stosowane wobec pasażerów na lotniskach kraju po udaremnieniu przez policję spisku terrorystycznego, którego celem miały być samoloty lecące do USA. Zapowiedziano, że od wtorku do odlatujących z Wielkiej Brytanii samolotów będzie można wnosić standardowy bagaż podręczny. Utrzymano jednak zakaz przewożenia płynów. Bagaż podręczny - podano - nie będzie mógł przekraczać standardowych rozmiarów 45 na 35 na 16 centymetrów.
Czytaj całość…
 
W. Brytania: Od wtorku znów z bagażem podręcznym Drukuj Email
wtorek, 15 sierpień 2006
W rezultacie zmniejszenia zagrożenia terrorystycznego od wtorku do odlatujących z Wielkiej Brytanii samolotów będzie można wnosić standardowy bagaż podręczny - poinformował brytyjski rząd.

Nadal jednak pasażerowie nie będą mogli zabierać ze sobą płynów - poza niezbędnymi lekarstwami i pokarmem dla niemowląt.
Czytaj całość…
 
Funty nie śmierdzą. A dzieci? Drukuj Email
poniedziałek, 14 sierpień 2006

ImageW kilka dni po opublikowaniu przez Gazetę Wyborczą szokujących informacji o dzieciach porzucanych w pogotowiach opiekuńczych przez rodziców wyjeżdżających do pracy na saksy, podobny temat podjął Daily Mail. Dziennik obwinia Tony’ego Blaira, że otwierając granice przyczynił się do tragedii setek polskich dzieci, których matki i ojcowie, zamiast wypełniać rodzicielskie obowiązki, zbijają na Wyspach fortuny. Brytyjski publicysta dodał swojemu artykułowi zbędnego dramatyzmu, jednak problem – nie da się ukryć – istnieje.

Dwuletnia Ania Siebielec od kwietnia mieszka we wrocławskim domu małego dziecka. – Matka przyprowadziła ją do nas dwa miesiące temu – opowiada dziennikarzowi Daily Mail Jolanta Dutkiewicz, dyrektorka domu dziecka – pokazała bilet w jedną stronę do Londynu i zażądała, żebyśmy przyjęli Anię. Nie dała nam wyboru. Powiedziała, że ojciec Ani jest w więzieniu i że jeśli my jej nie weźmiemy, po prostu zostawi dziecko na przystanku. Przyniosła torbę z ubrankami, Anię i wyszła. Obiecała, że zadzwoni, jak tylko urządzi się w Londynie, ale od tamtej pory nie dała znaku życia. Wygląda to tak, jakby córeczka była dla matki przeszkodą do rozpoczęcia lepszego życia. Nie zastanowiła się ani przez chwilę, jak taka decyzja może wpłynąć na życie małej Ani. Daily Mail nie wspomina jednak o istotnym fakcie z życia Sylwi – matki Ani, do którego dotarła Gazeta Wyborcza. Otóż sąd odebrał wcześniej matce Ani prawa rodzicielskie do dwójki jej starszych dzieci. Tylko dlatego Jolanta Dutkiewicz zgodziła się zaopiekować Anią, choć prawo w Polsce zabrania dyrektorom domów dziecka przyjmowania dzieci, których rodzice wyjeżdżają na saksy. Wiedziała, że matka tak czy inaczej ją porzuci. Chociaż w niczym nie umniejsza to dramatyzmu sytuacji, w której znalazła się mała Ania, stawia w nieco innym świetle polskich rodziców, którzy zostawiają swoje dzieci na jakiś czas pod opieką dziadków, a których Peter Dobbie wrzuca z matką Ani do jednego worka.
Dom dziecka na Parkowej złożył do sądu wniosek o pozbawienie Sylwi władzy rodzicielskiej. Ania jest ładna i zdrowa, ma szansę na adopcję. Daily Mail dotarł do jej dziadków. Aniela i Ryszard Siebielec mieszkają w podwrocławskiej wsi. Dzielą dwupokojowe mieszkanie z drugim synem, jego żoną i dwiema córkami. Babcia Ani przyjęła wiadomość o tym, co zrobiła synowa z przerażeniem. – Sylwia zapewniała nas, że zostawia Anię pod opieką przyjaciółki – powiedziała reporterowi Daily Mail. Jednak babcia Ani nie podejmie się opieki nad nią. – Mam już 60 lat, nie dam rady opiekować się dzieckiem – mówi – skoro matka Ani nic do niej nie czuje, adopcja będzie dla niej najlepszym rozwiązaniem. Może znajdzie się rodzina, z którą czeka ją lepsze życie.
Daily Mail dotarł również do brata Sylwii, który ściągnął ją do Londynu, obiecując fortunę, którą może zarobić na zmywaku. Jednak matka Ani już u niego nie mieszka, a Robert zgłosił policji w Acton jej zaginięcie. Brat Sylwi powiedział: – Zawsze powtarzała, że zamierza wrócić po Anię. W Polsce nie miała żadnych perspektyw. Teraz zniknęła, a ja naprawdę się o nią martwię. W Polsce dyrekcja domu dziecka podejmuje wszelkie starania, by jak najszybciej umożliwić oddanie małej Ani do adopcji. Nikt oprócz brata nie zastanawia się, co stało się z Sylwią.

„Nie odmówię dzieciom pomocy”
Daily Mail skontaktował się z kilkoma innymi domami dziecka w Polsce. Znaleźli w nich dwanaścioro dzieci zostawionych przez rodziców, którzy wyjechali zarabiać funty. Zjawisko przeraża Beatę Roztocką – zastępcę dyrektora Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej do spraw opieki nad dziećmi i młodzieżą: – Często dostajemy telefony od matek i ojców, którzy mówią, że wyjeżdżają do Zjednoczonego Królestwa lub Irlandii do pracy i pytają, czy możemy zapewnić ich dzieciom opiekę na ten czas. Jak powiedział Daily Mail Ryszard Zieliński – prezes Stowarzyszenia „Akson”, które prowadzi ośrodek wsparcia i interwencji kryzysowej dla kobiet i matek z dziećmi – nikt jeszcze nie wie, ile dzieci zostało porzuconych, jednak może ich być mnóstwo. To bajkowe opowieści o fortunach, które można zbić w Wielkiej Brytanii na sprzątaniu doprowadzają rodziców do tak dramatycznych posunięć. Na taki krok decydują się zwykle słabo wykształceni Polacy, którzy nie mają w Polsce z czego żyć. Desperacko pragną lepszego życia.
Jednak dzieci zostawiają w domach dziecka nie tylko osoby z najniższego szczebla drabiny społecznej. Do tego samego domu, w którym mieszka Ania Siebielec, kilka miesięcy wcześniej swoje dzieci przyprowadziła pielęgniarka. Wyjeżdżała do Irlandii. 18-miesięcznej córki i dwuletniego syna nie mogła zabrać ze sobą. Dyrektorka domu dziecka z Katowic, Halina Kurasz, widziała kilka podobnych przypadków w ostatnich miesiącach. Przytacza historię matki, która zostawiła szóstkę swoich dzieci i pojechała na saksy do Niemiec. Czasem pojawia się w domu dziecka, czasem zabiera dzieci do siebie. – Większość matek, które decydują się zostawić dzieci to bardzo młode kobiety, które nie mogą liczyć na wsparcie rodziny ani nikogo innego – mówi Halina Kurasz – kiedy przychodzą do nas, wstydzą się swojego ubóstwa i bezsilności. Waldemar Wieczorek, dyrektor służb socjalnych w Darłowie powiedział Daily Mail: – Porzucanie dzieci przez rodziców wyjeżdżających do pracy to nowy, bardzo poważny problem. Przyjmowanie ich do placówek opiekuńczych jest niezgodne z prawem, ale nigdy nie odmówiłbym pomocy dzieciom. Zawsze znajdzie się rodzina zastępcza na te parę miesięcy.

Szczere intencje nie wystarczą
– W ciągu ostatniego roku dwójka dzieci, których rodzice wyjechali do pracy w Wielkiej Brytanii popełniła samobójstwo – pisze Mail on Sunday. 14-latka z Wrocławia została w Polsce pod opieką 17-letniej siostry. Adam Solek miał 14 lat, mieszkał z babcią. Zostawił list do rodziców – po angielsku: I tried to warn you, but everyone ignored me. I tried to say it loud and clear. Zdaniem przyjaciół chłopca, bał się on zmian, które rodzice chcieli wprowadzić w jego życie.
Warszawska psycholog Katarzyna Korpolewska uważa, że wpływ, jaki wywiera na dzieciach pozostawienie ich pod opieką innych, jest poważny i długotrwały. Dzieci czują się odrzucone i opuszczone. – Nawet jeśli intencje rodziców są szczere, dzieci wciąż przeżywają szok – mówi dziennikowi Daily Mail pani psycholog – nie rozumieją, że zostały opuszczone na krótko, myślą, że rodzice zostawili je na zawsze. Takie przeżycie może zostawić trwały ślad w psychice dziecka.

Żeby przeżyć
Historie przedstawione przez Mail on Sunday są dramatyczne. Jednak mówienie o olbrzymiej skali zjawiska i setkach porzuconych przez Polaków dzieci jest nadużyciem. Autor artykułu dotarł do dwunastki dzieci zostawionych w domach dziecka przez wyjeżdżających do pracy za granicę rodziców. Jednym z nich jest Ania Siebielec, pochodząca z patologicznej rodziny dziewczynka, której dwójka rodzeństwa już od dawna przebywa w placówkach opieki społecznej. Czy zamknięcie granic Wielkiej Brytanii uratowałoby Anię przed porzuceniem jej przez matkę? Szóstka kolejnych bohaterów artykułu to rodzeństwo – dzieci kobiety, która wyjechała do pracy do Niemiec. Za ich sytuację Peter Dobbie najwyraźniej też obwinia Tony’ego Blaira. Liczą się liczby, a dzieci zostawionych przez zarobkowych emigrantów, którzy wyruszyli na Wyspy najwyraźniej było w Polskich domach dziecka za mało.
Daily Mail, w pogoni za sensacją, manipuluje nie tylko faktami. Komentarze, które czytelnicy dziennika zostawiają na jego stronie internetowej są dokładnie monitorowane i... cenzurowane. Udało mi się dotrzeć do Polek, których wypowiedzi zostały skrócone lub w ogóle wycięte. Jedna z nich (dane personalne do wiadomości redakcji) pisze tak:
– Sama jestem młodą kobietą, Polką, która mieszka w Londynie od prawie dwóch lat. Uważam, że artykuł porusza problem, który w Polsce staje się coraz większy – zdesperowani by związać koniec z końcem Polacy masowo przyjeżdżają do Zjednoczonego Królestwa, jednak nie „w pogoni za bogactwem i rajem obiecanym”, tylko żeby po prostu przeżyć. Jestem przekonana, że część z nich zostawia swoje dzieci w kraju, jednak jednocześnie wierzę, że większość z nich robi to (paradoksalnie) dla ich dobra. Pamiętajcie, że ci ludzie płacą podatki na Wyspach i to dzięki nim Brytyjczycy mogą być spokojni o swoje emerytury. Brytyjskie kobiety, skupione na swoich karierach, nie mają czasu ani ochoty na dzieci.
Etatowy cenzor Daily Mail wyciął z komentarza kilka zdań: ...żeby po prostu przeżyć. Bo ileż mogą tu zarobić, sprzątając i opiekując się dziećmi? Może 6-7 funtów za godzinę. Tyle, ile goniąca za karierą brytyjska matka z klasy średniej zapłaci za opiekę nad jej dziećmi.
Pod tekstem znalazło się miejsce na komentarze pozostające w zgodzie z duchem gazety, pochodzące od najwyraźniej dobrze zorientowanych w temacie mieszkańców Florydy, Niemiec, Nowej Zelandii, Holandii i Francji:
– Zastanawiam się czy Blair weźmie na siebie odpowiedzialność za ten absurd! A sytuacja jeszcze się pogorszy, kiedy Rumunia i Bułgaria dołączą do Unii w przyszłym roku. (James Anderson, Mainz, Germany)
– Bieda czy nie, te matki powinny się wstydzić! Ja nigdy nie wyjechałabym bez mojego dziecka, nigdy bym go nie porzuciła. (Dl, Floryda, USA)
– Czytając o polskich dzieciach porzucanych przez swoich tak zwanych rodziców, którzy wyjechali, by się bogacić czułam wstręt. Te dzieci juz nigdy nie otrząsną się z tej traumy. Uważam, że powinny być zaadoptowane. Sama jestem dziś mamą chińskiej dziewczynki, którą zabrałam z domu dziecka w Hong Kongu. (Maria T Rappard, Dunedin, Nowa Zelandia)
– Dzieci Europy Wschodniej nie są jedynymi, które mogą czuć się porzucone przez Tony’ego Blaira. Cała nasza nacja została porzucona. (Alan Grocock, Huntingdon Cambs)
– Te dzieci zostaną w domach dziecka na dłużej. Jak tylko ich matki zorientują się, że życie w Wielkiej Brytanii też nie jest bułką z masłem, porzucą myśl o przywiezieniu dzieci na Wyspy. (Steve Webster, Amsterdam, Holandia)
Wśród komentarzy internautów znalazły się zaledwie dwa zawierające inną opinię:
– Czy to nie trochę dziwne – winić Blaira za ten stan rzeczy? Przecież to nie on porzucił swoje dzieci! (Mathilde, Angers, Francja)
– Mam szczerą nadzieję, że żaden z tych wyrokujących komentarzy powyżej nie pochodzi od matki, która codziennie „porzuca” swoje dzieci w przedszkolu, żeby zarabiać drugą pensję na wakacje w tropikach, lepszy samochód, większy kredyt na dom. Moja siostra spędziła rok ucząc polskie dzieci angielskiego i mówi, że Polacy są uroczymi, bardzo rodzinnymi ludźmi. Czy tak trudno jest zrozumieć, jak może się czuć ktoś zdesperowany, by zapewnić swoim dzieciom lepszą przyszłość, bez szans na przyzwoitą pensję w swoim własnym kraju? (Cs, Londyn, UK)


zrodlo: goniec.com

 
Samotność emigranta Drukuj Email
poniedziałek, 14 sierpień 2006

ImageCeną emigracji, każdej emigracji, jest samotność. Mniejsza lub większa, ale zawsze samotność. Nawet jeśli emigrujemy z rodziną, to zostawiamy przyjaciół. Nawet jeśli i nasi przyjaciele przyjechali do Londynu, to idąc ulicą jesteśmy otoczeni tłumem obcych ludzi, którzy nie rozumieją naszego języka, naszej historii, ani naszych, nawet może śmiesznych, przyzwyczajeń, które nie dziwią nikogo z rodaków.Typowy sen dawnego emigranta to wspomnienie rodzinnych stron lub domu. Powrót do ukochanych miejsc i przebudzenie w lichym hoteliku lub wynajętym pokoju. Tęsknota i świadomość, że wrócić nie można.

Mnie przez wiele lat śniła się Warszawa, smutne, szare miasto mojego dzieciństwa. Błądziłam po szarych ulicach lub równie szarych blokowiskach, gubiłam się i czułam uwięziona. Miasto zamknięte, z którego nie można wyjechać. To był mój „sen emigranta”.
Szczęśliwie dzisiejsi emigranci, a raczej może nie emigranci, a „ludzie w podróży” nie muszą mieć takich snów. Tani samolot jest zawsze dostępny, a wyjazd nie uzależniony od dobrej woli smutasa z Urzędu Paszportowego, który na każdego wyjeżdżającego na Zachód patrzył podejrzliwie i w każdej chwili mógł włożyć z powrotem do biurka tę małą książeczkę dającą na chwilę poczucie wolności.

Dziś koszmary emigrantów są zupełnie inne. Znajoma opowiadała mi, że przyśnił się jej kuzyn, który przyjechał do niej do Londynu żądając mieszkania i pomocy. Obudziła się zlana zimnym potem. A jakie sny mają nowi przybysze? Zapewne również niewesołe.
W ostatnim roku odnotowano znaczną liczbę samobójstw wśród Polaków, którzy niedawno przyjechali do Wielkiej Brytanii. Dzienne ośrodki dla bezdomnych są pełne Polaków, którzy z różnych powodów znaleźli się na ulicy. O rozpowszechnionym alkoholizmie nie warto nawet wspominać – to widać na ulicach tych dzielnic, gdzie polska społeczność jest liczna. Przyczyny tych ludzkich tragedii są z pewnością bardzo różne, ale kilka elementów jest wspólnych: poczucie obcości w nowym świecie, tęsknota za bliskimi i miejscami, które się zna. Ale i brak presji środowiska, która sprawia, że „nareszcie możemy sobie na wszystko pozwolić” – na co nie pozwalali rodzice, żona, czy zwykłe poczucie obowiązku. Alkoholizm to chyba najczęstsza choroba samotnego emigranta. Towarzyszyła mu zawsze, bez względu na to, czy uciekał po którymś z przegranych powstań, czy też jechał za chlebem za daleką wodę.
Najtrwalsze przyjaźnie zawiązują się w dzieciństwie i wczesnej młodości. Do dziś mam przyjaciółkę w Polsce, z którą chodziłam razem do szkoły podstawowej, a potem średniej. Choć widujemy się bardzo rzadko i nie rozmawiamy zbyt często przez telefon, sama świadomość tego, że ona gdzieś tam daleko jest, ma dla mnie znaczenie. Żadna z osób poznanych w Londynie nie jest mi tak bliska, choć zapewne spędziłam z nimi w sumie więcej czasu niż z nią.
W popularnych serialach amerykańskich takich jak „Friends”, „Sex and the City”, grupa przyjaciół siada, by (najczęściej) przy kieliszku wina bez końca analizować „on powiedział, ona powiedziała” i co z tego wynika. Te seriale przedstawiają wirtualny świat dorosłych przyjaźni. W rzeczywistości większość telewidzów ma dziś mniej przyjaciół niż mieli ich rodzice. Z amerykańskich badań wynika, że w ciągu ostatnich dwudziestu lat o jedną trzecią zmniejszyła się liczba tych, którzy mają w najbliższym otoczeniu kogoś, komu mogą się zwierzyć i poradzić w ważnych sprawach życiowych. Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że blisko jedna czwarta Amerykanów w ogóle nie ma takiej osoby. Myślę, że gdyby podobne badania przeprowadzić w Polsce, ich wynik nie byłby tak zły. Ale wśród Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii? Nie wiem. Zapewne wskazanymi osobami byłyby te zostawione daleko – w domu.

E-maile i tanie telefony dają złudne poczucie, że z bliskimi możemy w każdej chwili się skontaktować. Ale taki kontakt nie zastąpi długich nocnych rozmów Polaków. I nie zastąpią ich namiętne dyskutuje w sieci, gdzie wymienia się opinie o sprawach natury ogólnej, własnych problemach, wielkiej i małej polityce. Czytanie tych stron dla mnie osobiście jest depresyjne. Mam wrażenie, że siedząc w zaciszu domu lub w internetowej kafejce piszący przyjmują inną osobowość. Mogą sobie pozwolić na skrajne poglądy, nie muszą niczego udowadniać i z niczego się tłumaczyć. Najwyżej, gdy nie będzie im odpowiadał atak innych internautów, przestaną pisać. I poszukają sobie innego chat roomu. W wirtualnym świecie możemy być tym, kim chcemy. Ale nie mamy w nim prawdziwych przyjaciół – takich, którzy nie oceniają naszych nieodpowiednich partnerów, tylko wyrozumiale czekają aż minie pierwsze oszołomienie, a zarazem taktownie zwrócą nam uwagę, że „brzuszkowe” dziewczyny muszą być wiotkie i młode. Na ramieniu takich przyjaciół czasem można się bez powodu wypłakać. Komputer czy SMS-y na taką bliskość nie pozwalają.
Przyznaję, że sama nie jestem bez winy. Ileż to razy obiecałam do kogoś zadzwonić, a potem mi się nie chciało. Może straciłam w ten sposób szansę na przyjaźń. Ostatnio zdarzyło mi się pokłócić z przyjacielem, którego znam ponad dwadzieścia lat. Każde z nas miało zapewne swoje racje. Obecnie wymieniamy e-maile, ale żadne z nas nie zdobyło się na telefon. Czy to początek końca przyjaźni?
Przyjaźń trzeba kultywować. Na emigracji jest to znacznie trudniejsze. Tu przede wszystkim liczą się interesy, walka o byt, wola przetrwania. Nie mamy często na przyjaciół, z którymi spędzony czas w sensie materialnym jest czasem straconym. I w dodatku te ogromne londyńskie odległości.
Tegoroczne wyjątkowo upalne lato sprzyja kultywowaniu przyjaźni. Możemy zaprosić ich na grilla, jeśli mamy ogródek lub urządzić piknik w pobliskim parku, pójść na długi spacer lub wybrać się gdzieś do małej angielskiej miejscowości tak odmiennej od pędzącego nie wiadomo dokąd Londynu. Zainwestowany dzisiaj czas z pewnością zaprocentuje w przyszłości. Bo każdy emigrant jest do jakiegoś stopnia samotnikiem i nawet jeśli w przyszłości zdecyduje się na powrót, to może ze zdumieniem spostrzec, że czuje się tam obco, że nie ma już wspólnego języka z dawnymi przyjaciółmi, a wiele spraw, które tak łatwo załatwiało się w Wielkiej Brytanii, wymaga tego, aby się „nachodzić”. Dolą emigranta jest to, że czuje się obco w miejscu zamieszkania. Najgorzej jednak jest czuć się obco we własnym kraju.


zrodlo: goniec.com

 
W. Brytania: Podpalacz polskiego domu w Belfaście stanie przed sądem Drukuj Email
poniedziałek, 14 sierpień 2006
24-letni Irlandczyk został oskarżony o podpalenie w sobotę domu polskich imigrantów w Belfaście w Irlandii Płn. Jest oskarżony o narażenie życia siedmiu osób. Rozprawa rozpocznie się dziś. Pożar wybuchł w sobotę nad ranem w domu, w którym przebywała polska rodzina. Z objawami zaczadzenia mieszkańcy domu trafili do szpitala. Policja podejrzewa, że podpalacz działał z pobudek rasistowskich.
 
«« start « poprz. 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 nast. » koniec »»

Pozycje :: 55 - 63 z 93
A-Plan
Piszemy angielskie CV

CV Angielskie CV różni się w małych detalach od polskiego.To co u nas jest modne tutaj może być przeżytkiem. Drobne niedociągnięcia mogą zdyskwalifikować nas w ciągu pierwszych 30 sekund przeglądania dokumentu.

Czytaj całość...

 

Subskrypcja

Zapisz się do naszej listy mailingowej, aby otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach, konkursach...






Who's Online